Strażnik sadu, Cormac McCarthy

McCarthy_Straznik_okladki pw2...

„Zanim starzec wyszedł na tory, na górskich zboczach przestało padać, a on widział w gasnącym świetle dnia pod dolną krawędzią chmur długie ostre granie, które jak smukłe, płomienne psy gończe gnały przez całą krainę aż po jej zachodni kres, depcząc po piętach słońcu, sunącemu łukiem w dół. Odwrócił się do nich tyłem i ruszył ku wschodowi po torowisku, a sanki podskakiwały na butwiejących podkładach“.

Ponura zimna prowincja, wypełniona obfitą roślinnością i mrocznymi sekretami, to miejsce, w którym łatwo popełnić zbrodnię. Wie o tym Marion Sylder, alkoholowy przemytnik, jakiemu los zgotował przykrą niespodziankę w postaci niechcianego pasażera na gapę. Cuchnący i w dodatku dociekliwy mężczyzna to nie tylko męczący, ale – jak się później okazuje – również niebezpieczny towarzysz. W wyniku kilku niefortunnych zdarzeń, Sylder zabija pasażera, a ciało wyrzuca do zarośniętego, oddalonego od siedlisk ludzkich zbiornika. Pomimo skrzętnie dobranej kryjówki, zwłoki nie zostają zapomniane. Któregoś wieczoru natrafia na nie Ather Ownby, osiemdziesięcioczteroletni „strażnik“ sadu.

„Starzec zbudził się późnym popołudniem i zjadł na zimno trochę kukurydzianego placka, dzieląc się nim z psem. Zwykle niewiele jadał, więc placek mu wystarczył. Potem zaczął schodzić, wlokąc za sobą mizerny dobytek i lawirując wśród młodych drzewek gęstych wawrzynów. Nieco po północy natknął się na drogę i skręcił w nią, kierując się na południe. Przeszedł przez drewniany most nad czystym szemrzącym potokiem i tą samą drogą znów ruszył w góry. Sanki lekko za nim sunęły, a pies człapał“.

John Wesley Rattner, małoletni syn zapomnianego przez świat nieboszczyka, spotyka Syldera przez przypadek i równie przypadkowo zostaje jego wiernym kompanem. Nieświadomy faktu, że tak naprawdę ma do czynienia z zabójcą ojca, odnajduje w relacji upragnione braterstwo. Marion staje się dla chłopca wzorcem, nikłym światełkiem w osowiałym świecie. Polowania i łowy stają się dla Johna urozmaiceniem dni, a słowa druha krzepią i dodają sił. Jednak wilgotne, ciemne lasy, nadrzeczne, zdradliwe zarośla i piaszczyste, wolne od śladów ścieżki przypominają, że świat wcale nie został stworzony dla człowieka.

„Wiatr ustał i w ledwie słyszalnej, dyszącej ciszy nocnego lasu słychać było tylko drobrotliwy deszcz, uderzenia kropel o gałąź, ich miarowe kapanie do kałuży zebranej w zagłębieniu liścia. Starzec usiadł z ustami pełnymi trawy i rozejrzał się, słysząc żebracze nagabywanie deszczu, cichy śpiew w owym mrocznym języku czarów, który woła kulę ziemską do ślubu“.

Cormac McCarthy to twórca, którego albo się uwielbia, albo nie znosi. Mnie za każdym razem hipnotyzuje poetycki język autora, moc lirycznych porównań, minimalistyczne spojrzenie na świat i hołd, jaki pisarz oddaje naturze. Jednak Strażnik sadu – pomimo, że to debiut McCarthy’ego – jest książką bardzo dojrzałą i trudną. To zdecydowanie nie ten rodzaj utworu, który można połknąć w jeden wieczór i odłożyć na półkę. Ta książka to świat instynktów i brutalności, swoisty obraz zła tkwiącego w człowieku – obraz zaniedbanych, poranionych zwierząt, nieposzanowanej, zbuntowanej przyrody i podłych ludzkich postępków. Istne panoptikum niegodziwości zapada w pamięć i dręczy. Oszczędność wyrazu oraz surowość, z jaką pisarz obchodzi się z bohaterami czynią z książki szczerą, choć przygnębiającą opowieść. To kawał pięknej, niedocenionej w jakimś stopniu literatury, choć trzeba podkreślić, że momentami Strażnik sadu popada w wariację monotonii i apatycznego bezruchu. Być może w powieści brakuje co nieco werwy, z jaką spotkać się można, czytając inne dzieła autora, jednak wygląda to na planowany zabieg – Strażnik sadu ma zatrzymać, schwytać między strony, pokazać nagą ludzką naturę, a to wszystko po to, by stworzyć z czytelnika konesera cichych, okrutnych wydarzeń rozgrywających się na kartach książki.

Strażnik sadu (2010)
kategoria: literatura współczesna
tłum.: Maciej Świerkocki
wydawnictwo: Literackie
liczba stron: 276
ocena: 6/10

Katarzyna Anita Piotrowska

Reklamy