WIERSZE


 

***

kiedy bóg wychodzi
i znika bez śladu
a plemię go szuka
lecz go nie znajduje
pewność to już nie pewność
lecz niepewne wahanie
miłość to już nie miłość
– ledwie przypuszczenie

portret pamięciowy boga
jest nieznany
nikt już nie pamięta
jak brzmi jego imię
lud go nawołuje
szuka jego śladu
i pojmuje w końcu
że pewnie przeminął

przyzywanie boga
przeradza się w krzyki
bóg zaginął i zniknął
uporczywie przepadł
lud spogląda spode łba
na własne istnienie
co ma począć z tym życiem
skoro boga nie ma?

jad rozpływa się w żyłach
jak w korycie rzeki
oczy już nie błyszczą
zaszły bielmem strachu
świat pustoszy zaraza
sączy się nienawiść
brat nie poda już ręki
skrzywdzonemu bratu

lud wojuje sam z sobą
szczerzy kły tuż przed taflą
gdzie w odbiciu faluje
obraz brata w potrzasku
a bóg wcale nie odszedł
i nie przepadł bez wieści
w oczy braci spogląda
okiem brata niebieskim

 

północ czy południe

sucha trawa włosów
spojrzenie
jak dogasająca świeca
dłonie
powyginane cierpieniem
jak drzewo
któremu zesłano na barki burzę

człowiek
wrosły w czekanie
staje się nieludzki
bardziej podobny
do powalonego pnia
przetrąconej gałęzi
zgniecionego żółcią liścia

cóż mam powiedzieć
oczekującym
wypatrującym
cóż mam powiedzieć tobie
który jak dąb zaczepiony o skały
tkwisz zawieszony nade mną
spokojny i cierpliwy
nieludzki w pokorze

jestem tylko grudą piasku
ciężką i lekką zarazem
gdy zawieje wiatr
odpłynę
spod twoich korzeni
rozproszę się
jak pokruszony kamień
który nie wie
w którą stronę ulecieć

 

actus purus

„Bo­ga nie ma, więc modlę się do Ciebie”.
– Iris Murdoch

zmartwychwstajesz
we mnie
głosem

lgnę
do me­lodii ust
aż po wstyd

korzę się przed świąty­nią dźwięków
ja
kapłan­ka ciem
dla których jes­teś Światłem

 

***

kiedy cię spotkam
zamilknę
i tylko jesienne liście
zatańczą w moich włosach

zamruga świat powiekami
słonymi od naszych rozstań
ja będę milczeć jak kamień
nie szepnę ani słowa

a pod naszymi stopami
zakwitnie spękana ziemia
a w naszych zziębniętych dłoniach
znów zacznie płynąć krew

nie powiem ani słowa
choć pragnę wyszeptać zostań
może wykrzyczy to za mnie
mój mały zmęczony cień

kiedy cię spotkam
zamilknę
i tylko jesienne liście
zatańczą w moich włosach

 

głos

brakuje mi
twojego głosu

ale się nie skarżę

mieszkasz we mnie
po cichu

 

 

sen zimowy

zazdroszczę autobusom
ich wdzięcznych podróży
niezobowiązujących wypraw za miasto
w przyleśne drogi pełne słońca

pierzynom pary
wędrującym od ust do ust
jak słowo
którego nie powstydzi się nawet milczący

zazdroszczę gniazd jaskółkom
twardych łupin pancerza
żukom które biegną naprzód
nie tracąc wiary

i z dala od ludzkich kroków
ścieżką bosych liści
gonię człowieka
który zasnął we mnie
zimowym snem

 

 

braciom krukom

w nieśpiących
jest brudnopis
zmęczonego Boga
co odwagę ma mówić
tylko późną nocą

i rozwiewa im
troski w półotwartych oczach
smutkiem skrapla powieki
zasnute tęsknotą

nikt nie pyta już Boga
czy on też się zamyśla
i nieśpiących nie pyta
nikt o ich niespanie

czas się dłuży księżycem
co udaje człowieka

Bóg bezsenność ma w żyłach
a bezsenni
– czekanie

Reklamy